Można patrzeć i nie widzieć. Słuchać i nie usłyszeć. Można też przejść przez życie, nigdy Mszy św. i pacierza nie opuścić i nie spotkać Jezusa. Nawet wtedy, gdy z wiarą wydaje się być OK. Na pozór wszystko gra. Ale ciągle Zmartwychwstały i Ewangelia są gdzieś obok. Nie w sercu i nie w umyśle. Dzisiejsza Ewangelia o uczniach idących do Emaus to piękna katecheza eucharystyczna po której Jezus, „gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im”. – pisze św. Łukasz. Wtedy poznają Go, ale On znika im z oczu. Dlaczego? Bo od tego momentu jest z nimi obecny w innej postaci, eucharystycznej. Dokładnie takiej samej jak dziś, gdy uczestniczymy w Eucharystii. Ten sam, Bóg żywy i ożywiający wszystko, nasz Pan i Zbawiciel. W taki sposób pozostał z nami i by Go spotkać trzeba przyjść do świątyni na Eucharystię, czyli na „łamanie chleba”. Zapraszamy!
W drodze do wsi, zwanej Emaus
To jeden z najpiękniejszych fragmentów Ewangelii, które czytamy w czasie oktawy Wielkanocy, a teraz w III niedzielę Wielkanocną. Przyznaję, że historię o uczniach idących do Emaus traktuję bardzo osobiście.
Myślę, że tak naprawdę każdy z nas jest takim uczniem.
Idziemy przez życie, ale często nie dostrzegamy, że obok nas idzie Jezus. Jesteśmy tak bardzo pochłonięci swoimi sprawami i zawiedzionymi nadziejami, że nasze porażki, niespełnione marzenia i trudności stają się jak „klapki na oczach”. Nie widzimy Nauczyciela, który wyjaśnia nam Pisma i prowadzi nas swoją drogą.
Chciałbym więc wejść głębiej w ten fragment Ewangelii i odnaleźć w nim kilka prawd o naszym życiu duchowym.
W pierwszy dzień tygodnia, a więc w dzień zmartwychwstania, dwaj uczniowie – po dramatycznych wydarzeniach Wielkiego Piątku – wracali z Jerozolimy do wsi zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów. Ewangelista nie podaje celu ich drogi, ale możemy przypuszczać, że odchodzą po śmierci Jezusa, jakby zamykając pewien rozdział swojego życia.
W czasie drogi rozmawiają o wszystkim, co się wydarzyło: o zdradzie, pojmaniu, procesie, ukrzyżowaniu i śmierci ich Nauczyciela. Byli świadkami Jego ostatnich dni i godzin. Dla nich to był koniec. Jezus umarł – nie widzieli więc sensu, by pozostawać w Jerozolimie.
Opuścili ją pozbawieni nadziei, pełni lęku, rozczarowania i smutku. Byli tak skupieni na własnym cierpieniu, że nic nie było w stanie rozświetlić ciemności ich serc: ani wieść o pustym grobie, ani świadectwo kobiet, które mówiły, że Jezus żyje.
Być może wracali do dawnego życia. Nie wiemy tego, ale ich droga była w pewnym sensie ucieczką od wydarzeń, które nimi wstrząsnęły.
„Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali” (Łk 24,15-16). Uczniowie żywo dyskutują, a może nawet się spierają. W ich sercach jest zamęt. Brakuje pokoju i światła, które pozwoliłyby właściwie odczytać to, co się wydarzyło. Jezus dołącza do nich, ale Go nie rozpoznają. Ich oczy są „na uwięzi” – to znaczy, że ich spojrzenie zostało ograniczone przez smutek, rozczarowanie i lęk. Patrzą na wszystko jedynie po ludzku.
To doświadczenie jest nam bardzo bliskie. Często zamykamy się w swoim sposobie myślenia i oceniania rzeczywistości. Tymczasem wiara otwiera nas na coś więcej – na działanie Boga, które przekracza nasze schematy i oczekiwania.
Jezus pyta: „Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?”. Uczniowie, zdziwieni, odpowiadają: „Ty jesteś chyba jedynym, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”. Ich odpowiedź odsłania ból i zdumienie. Opowiadają o Jezusie z Nazaretu, o Jego śmierci i o tym, co przeżyli. W końcu wypowiadają zdanie, które jest kluczem do zrozumienia ich serc: „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. To zdanie tłumaczy ich smutek. Zawiedzione nadzieje.
Jak często i my mówimy: „spodziewałem się…”, „miało być inaczej…”. Oczekujemy, że Bóg zadziała według naszych planów. Gdy rzeczywistość układa się inaczej, rodzi się rozczarowanie, a czasem nawet zwątpienie.
Uczniowie oczekiwali wyzwolenia politycznego. Tymczasem Jezus przyniósł wyzwolenie o wiele głębsze – od grzechu i śmierci. Ich błąd polegał nie na tym, że mieli nadzieję, ale na tym, że zamknęli ją w zbyt wąskich ramach. Wspominają także o pustym grobie i świadectwie kobiet. Mówią jednak o tym z dystansem, jakby relacjonowali cudze doświadczenie. Sami jeszcze nie uwierzyli.
To również może być nasze doświadczenie. Możemy znać świadectwa innych ludzi, słyszeć o działaniu Boga, a jednak nie mieć osobistego spotkania z Chrystusem.
Wtedy Jezus mówi do nich: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia…”. Nie jest to potępienie, lecz wezwanie do wiary. Zaczynając od Mojżesza i wszystkich proroków, wyjaśnia im Pisma. Pokazuje, że cierpienie Mesjasza było częścią Bożego planu zbawienia.
To ważna lekcja: Słowo Boże nie jest tylko zbiorem pięknych myśli. Jest żywe i skuteczne. Objawia prawdę o Bogu i o człowieku. W jego świetle uczniowie zaczynają inaczej patrzeć na wydarzenia, których byli świadkami.
Gdy zbliżają się do Emaus, Jezus daje do zrozumienia, że pójdzie dalej. Uczniowie jednak proszą: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi”. Rodzące się w nich pragnienie obecności Jezusa jest znakiem, że ich serca zaczynają się otwierać. Słuchanie Słowa prowadzi ich do głębszego spotkania.
Jezus wchodzi do domu i zasiada z nimi do stołu. Bierze chleb, błogosławi, łamie i podaje im. Wtedy otwierają się ich oczy i rozpoznają Go.
Kościół widzi w tym geście wyraźne odniesienie do Eucharystii. To właśnie w „łamaniu chleba” uczniowie rozpoznają Zmartwychwstałego. Także dziś Chrystus jest realnie obecny w Najświętszym Sakramencie i daje się poznać tym, którzy przyjmują Go z wiarą.
Spotkanie z Jezusem wszystko zmienia.
„W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy”. Ci sami uczniowie, którzy wcześniej uciekali, teraz wracają. Ich smutek przemienia się w radość, a zniechęcenie w gorliwość. Doświadczyli spotkania ze Zmartwychwstałym – i nie mogą zatrzymać tego dla siebie. Chcą dzielić się Dobrą Nowiną.
Obyśmy i my odnaleźli się w tej historii. Obyśmy pozwolili Jezusowi iść z nami drogą naszego życia, słuchać Jego słowa i rozpoznawać Go w Eucharystii. Oby On sam otworzył nam oczy, abyśmy potrafili dostrzec Jego obecność – nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko jest stracone.
O.Grzegorz Jaroszewski CSsR