Parafia

Przymus edukacyjny Nowackiej

MEN przepycha „edukację zdrowotną”, której rodzice sobie nie życzą. Cóż – taka władza.

Franciszek Kucharczak

Minister edukacji Barbara Nowacka ogłosiła decyzję o wprowadzeniu obowiązkowej edukacji zdrowotnej. „W społeczeństwie jest zgoda społeczna wokół edukacji zdrowotnej” – oznajmiła na antenie TVN24.

To prawda, zgoda jest – aż 70 proc. rodziców wypisało swoje dzieci z tego przedmiotu. Trudno o wyraźniejszy komunikat, że społeczeństwo w ogromnej większości powiedziało temu projektowi „nie”. Pani „ministra” rozumie to jednak na opak. „Ludzie wiedzą, że to jest przedmiot potrzebny” – stwierdziła. Na jakiej podstawie tak uważa? „Kiedy pytam nauczycielki i nauczycieli, a oni są dla mnie najważniejsi, czy uważają, że to jest przedmiot dzieciom potrzebny, tak, mówią o tym” – powiedziała.

Czyli że co? Spytała paru nauczycieli i to przeważa nad rozmiarami czerwonej kartki, jaką dostała od rodziców? A właśnie, pani minister – to rodzice mają być dla pani, jako szefowej MEN, najważniejsi. A nie nauczyciele, bo i oni, i pani nie zastępujecie rodziców w procesie wychowania dzieci, tylko im w tym pomagacie.

Niestety dla obecnych władz MEN nie jest to chyba jasne. Nowacka wie swoje. „Jest to wyjątkowo ważne i potrzebne, więc odpuśćmy sobie polityczne awantury” – zaapelowała, dodając, że „Błaszczaki tego świata zaczną zaraz krzyczeć, jak to strasznie Ministerstwo Edukacji działa na szkodę dzieci”.

Oto dorodny przykład arogancji władzy – z rodziców robi się „Błaszczaków”, czyli ich troskę o dzieci przenosi się na poziom „politycznej awantury”. Trzeba mieć bardzo niskie mniemanie o społeczeństwie, jeśli się traktuje ludzi tak prymitywnymi sztuczkami. Należy do nich także mydlenie oczu zapowiedzią, że moduł „o zdrowiu seksualnym” nie będzie obowiązkowy dla wszystkich uczniów. Po pierwsze przemycanie ideologii gender i propaganda LGBT w podstawie programowej tego przedmiotu nie są prezentowane jako „wychowanie seksualne”, ale jako prawa człowieka i walka z dyskryminacją, więc tym i tak będzie się dzieci faszerować. Po drugie gdy już przedmiot będzie obowiązkowy, nie będzie żadnym problemem zmienić zasady i podkręcić program na potrzeby

Kolejny kwiatek w wypowiedzi „ministry”: zapewnienie, że o treściach wchodzących w skład „komponentu seksualnego” będzie decydować „zespół ekspercki, który powołujemy w ministerstwie, złożony z lekarzy, specjalistów, nauczycieli, którzy pomogą nam to dobrze ułożyć, tak żeby było bezpiecznie”.

I to ma ludzi uspokoić? Dziś na przepchnięcie każdej rzeczy znajdzie się odpowiedni ekspert z odpowiednią ekspertyzą. Skoro władza nie liczy się z ogromną większością społeczeństwa, to niby dlaczego miałaby zatrudniać obiektywnych ekspertów? Przeciwko sobie? Po to, żeby im wszystko zepsuli?

Sprawa jest prosta: każda ideologia chce wychowywać młode pokolenie tak, żeby dzisiejsi uczniowie stali się przyszłymi janczarami na rozkazach ideologów. Władze MEN są dziś wyjątkowo zideologizowane, ale nie mają poparcia w społeczeństwie, więc ich wysiłki nie mają wielkich widoków. Bo, pani minister, nie w tym rzecz, czy w szkole jest potrzebna edukacja zdrowotna, ale w tym, kto i dlaczego ją oferuje. Od pani Polacy tej edukacji nie chcą, bo pani nie ufają. Po prostu.

Przewijanie do góry