W uroczystość Wszystkich Świętych „w centrum modlitwy i teologicznej refleksji, zostaje ulokowana świętość”. Jest ona – jak uczył św. Jan Paweł II –„wysoką miarą zwyczajnego życia chrześcijan”. I najbardziej priorytetową sprawą Kościoła w trzecim tysiącleciu. Winna być perspektywą, w którą ma być wpisane całe nasze życie. Odwiedzając swoich bliskich na cmentarzach 1 i 2 listopada pamiętajmy, że zapalenie lampki na grobie rodzinnym nie zastąpi udziału w Mszy Świętej i przyjęcia Komunii św. ofiarowanej za zmarłych rodziców, czy dziadków. Bo „nawet najpiękniejszy wieniec to nic w porównaniu z darem odpustu, jaki można ofiarować za zmarłych przez całą oktawę uroczystości Wszystkich Świętych”. Niech to przesłanie o powołaniu do świętości i pamięć o tym, że nasz dom jest w niebie, nie utknie w komercyjnym szumie.
Zapraszamy do przeżycia Mszy Świętej.
Uroczystość Wszystkich Świętych… Nam, Polakom, kojarzy się na ogół z cmentarzami pełnymi ludzi stojących nad grobami swoich bliskich, z drogami pełnymi samochodów jadących z cmentarza na cmentarz, z zapachem chryzantem i wosku. I choć niemal co roku księża przypominają, że nie jest to „Święto Zmarłych”, to właśnie na tych, którzy odeszli, skupiają się nasze myśli, wspomnienia, a czasem także modlitwa. Tymczasem, jak uczy Kościół, tego dnia, podczas jednej uroczystości, czcimy wszystkich świętych, dziękując Bogu za dar ich świętości, za przykład ich życia i za ich wstawiennictwo.
A jednak… tego dnia odprawiamy Msze Święte na cmentarzach, a w procesji obchodzimy cmentarze, błogosławiąc groby. Czy nie jest to jakaś niekonsekwencja ze strony Kościoła?
Powinniśmy jednak zadać sobie pytanie, o jakich świętych mówimy w kontekście dzisiejszej uroczystości. Czy tylko o tych, których Kościół w ciągu swojej długiej historii wyniósł na ołtarze, ogłaszając ich świętymi i błogosławionymi? Jest ich mnóstwo, to prawda. Sam św. Jan Paweł II kanonizował 482 osoby, zaś 1338 kolejnych ogłosił błogosławionymi. To pokaźna liczba, budząca zresztą krytykę w niektórych środowiskach, zarzucających naszemu Wielkiemu Rodakowi „masową produkcję świętych”. Odpowiedź, której udzielał Papież, stanowiła jednak również wyjaśnienie tej pozornej niekonsekwencji, na którą zwróciliśmy uwagę wcześniej.
Jego intencją było bowiem, jak sam wyjaśniał, przekonanie współczesnych ludzi, że święci nie są jakimiś zabytkami przeszłości w muzeum Kościoła, ale kimś jak najbardziej aktualnym. Są jak gwiazdy świecące wysoko na firmamencie, które można podziwiać, ale do których trudno się zbliżyć. Tymczasem są nam bliżsi, niż mogłoby się nam wydawać, nawet nam, tak zwanym zwyczajnym ludziom. Bo… poza pewnymi wyjątkami, również byli zwyczajnymi ludźmi, a przynajmniej od tego zaczynali swoją drogę ku świętości. Byli wśród nich nie tylko kapłani i osoby konsekrowane, ale także małżonkowie i rodzice, młodzi mężczyźni i kobiety. Owszem, byli wśród nich męczennicy, cudotwórcy i wielcy teologowie, ale również ci, których warunki życia nie różniły się specjalnie od tych, w których żyjemy my.
Mogło więc być ich całkiem sporo. I słowa dzisiejszego pierwszego czytania wyraźnie to potwierdzają: „Ujrzałem wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć” (Ap 7, 9). Jest ich więc o wiele, wiele więcej niż tych, których oficjalnie wyniesiono na ołtarze.
Bo prawda jest niezmiernie prosta: jeśli chcesz być zbawiony, jeśli chcesz, by twoją wiecznością było niebo, musisz dążyć do świętości. Bo święty to niekoniecznie cudotwórca, niekoniecznie męczennik, niekoniecznie mędrzec przenikający głębiny prawdy… To człowiek zjednoczony z Bogiem, zanurzony w Bożej miłości, żyjący zgodnie z wolą Bożą. Zatem nie wolno mi mówić, że świętość nie jest dla mnie… Bo w ten sposób przyznawałbym, że rezygnuję z nieba. Co więc by mi pozostało? Strach mówić…
I sam Pan Jezus pokazuje nam, na czym ma polegać nasza świętość i w jaki sposób ma się ona w nas kształtować. Usłyszeliśmy: pragnij sprawiedliwości, wprowadzaj pokój, zachowaj czyste serce, bądź ubogi w duchu, to znaczy pokładaj całą swoją ufność w Bogu, a nie w pieniądzach, zaszczytach czy tytułach. Czy to aż tak trudna droga? A przypomnijmy sobie, przed kim Syn Człowieczy otworzy bramy nieba, gdy powróci. „Byłem głodny, a daliście Mi jeść” – powie. „Byłem spragniony, a daliście Mi pić. Byłem chory, a odwiedziliście Mnie”. Kiedy? Wtedy, gdy oddaliście choćby najmniejszą posługę jednemu z tych, których spotkaliście na swojej drodze. Czy to naprawdę aż tak trudna droga?
A że mamy swoje grzechy i słabości – a który święty, poza Matką Bożą, ich nie miał? Ilu z nich rozpoczynało swoją drogę z bardzo niechlubnej pozycji, z przerażającego czasem wprost bagna moralnego! Ale zaufali Bogu, Jemu powierzyli swoje życie, pozwolili działać Jego łasce i podjęli trud współpracy z nią.
I tak wracamy do cmentarzy i naszych wątpliwości. Modlimy się za zmarłych i jest to słuszne. Ale może, stojąc nad grobami, przypomnij sobie dawno zmarłą babcię, która zawsze potrafiła cię pocieszyć i w której domu znajdowałeś spokój. Przypomnij sobie, jak twoja zmarła matka troszczyła się o ciebie, gdy byłeś chory lub smutny. Jak ojciec, czasem surowy, usiłował jednak przygotować cię do życia. Wspomnij tych wszystkich ludzi, od których doznałeś jakiegokolwiek dobra. Słuszne jest modlić się za nich, bo tylko Bóg zna ich stan, ale może to właśnie oni są już w gronie świętych, za których dziś Bogu dziękujemy? Jeśli są w domu Ojca, to są już zbawieni i należą do grona świętych, choć niekoniecznie zostali oficjalnie ogłoszeni świętymi przez Kościół.
Ten dzień to zatem nie tylko dzień nostalgii i tęsknoty, zresztą po ludzku całkowicie zrozumiałych. To również dzień wdzięczności.
Ale to także dzień wyzwania. Czy może raczej dzień pytania: czy moje życie jest drogą świętości? Bez wielkich słów, cudów… Po prostu w zwyczajnej wierności Bogu, podnoszeniu się po potknięciach i upadkach, życzliwości wobec drugiego człowieka? Warto zadać sobie to pytanie, bo stawką jest wieczność. A kiedyś… prędzej czy później, ale z całą pewnością, ten dzień nadejdzie i nad moją mogiłą ktoś może się zatrzymać. Oby wtedy wspomniał o mnie z wdzięcznością.
- Jacek Dembek CSsR