Ojcowie KapucyniParafia WniebowstąpieniaParafia Matki Bożej Nieustającej PomocyParafia Św. AnnyStrona Główna
Niedzielne Msze Święte
Parafia Świętej Anny

7.30, 9.00, 10.30, 12.00, 15.00, 18.00

Parafia Matki Bożej

700, 900, 1030, 1200,
1315, 1800

Parafia Wniebowstąpienia

730, 1030, 1200, 1700

W Brzezinach - godz. 900

 

Czytania na dziś
 
Nawrócona z feminizmu
10-05-2016 08:20 • Ks. Stanisław Rząsa

Nawrócona z feminizmu

Ludwika Kopytowska

Wstyd mi za kobiety, które "bronią" moich racji i walczą o parytety. Ale nie potępiam ich. W końcu sama do nich należałam.

Poraża mnie słownictwo "Wysokich Obcasów", którego nie przytoczę, bo się wstydzę. Tak, wstyd mi za kobiety, które rzekomo, "bronią moich racji" i walczą o parytety, np. w środowisku filmowym, jak pisze Mike Urbaniak w "Prawdzie parytetu". Żal mi ich, bo dostrzegam w nich siebie sprzed lat, zanim nie dosięgła mnie łaska z nieba, o którą się wcale nie prosiłam. Której, prawdę mówiąc wcale nie chciałam. Byłam przecież wojującą feministką.

Pierwszy raz zetknęłam się z pojęciem "gender" na studiach dziennikarskich, czyli jakieś 5-6 lat temu. Mieliśmy nawet całą serię wykładów o gender. Dziwne, angielsko brzmiące słowo nic mi wtedy nie mówiło, ale ponieważ przewijało się w kółko podczas zajęć, byłam niejako zmuszona bliżej się z nim zapoznać. Gender studies, gender culture - ogólnie rzecz biorąc, dużo tego było. Całe szczęście, nie za wiele z tego wtedy rozumiałam, ale już to, co rozumiałam, było wystarczające, żeby mnie uwarunkować. Na złe.

Wmawiano nam, że płeć biologiczna i płeć kulturowa to są absolutnie dwie różne rzeczy. Że "niechcący" rodzimy się z jakąś tam płcią, ale "złe społeczeństwo" wpędza nas w utarte stereotypy robiąc z nas ślepych niewolników powielających schematy: mężczyzna-dżungla, kobieta-kuchnia. A gender, ideologia-bóstwo, ratuje nas przed byciem wtłaczanym w te schematy. Hej, teraz mogę sobie wybrać płeć i wcale ja, jako kobieta, nie muszę zachowywać się jak kobieta. Mogę na przykład być mężczyzną... a potem znowu trochę kobietą, jak mi się znudzi, i znów mężczyzną, żeby zamanifestować swoją "równość".

To jednak spora prawda w tym, że feministki walczące o równouprawnienie kobiet, KOBIET, podkreślam, upodabniają się do mężczyzn. Ubraniem, fryzurą, zachowaniem. Ja sama nosiłam krótkie włosy, przygolone na karku, ubierałam się na czarno, w czarne skórzane kurtki, dżinsy, glany. Wszystko w temacie buntu, agresji i nastawienia na atak. Przypinka ze znaczkiem anarchii. Czaszki. Mroczno. Moje zachowanie też pozostawiało wiele do życzenia. Wśród steku bluzgów rzadko można było znaleźć jedno sensowne zdanie. Nastawiona byłam negatywnie i krytycznie do wszystkiego i do wszystkich, a najbardziej do samej siebie. Na zewnątrz może to wyglądać fajnie - dumna dziewczyna, cięte riposty, świetne samopoczucie. Tylko potem przychodzi ten moment, kiedy zmywa się makijaż i wraca do domu nad ranem z imprezy. I ma się to poczucie, że jest się nikim, absolutnie nikim. I nic wtedy nie cieszy, ma się ochotę zwinąć się w kłębek i wyć. Tak to jest z tymi feministkami. To wcale nie są szczęśliwe kobiety. Wiem, bo ja szczęśliwa nie byłam. Wciąż się miotałam. Z jednej strony urodzona jako kobieta, ale z drugiej te "wstrętne" stereotypy Matki Polki, z którymi tak zaciekle walczyłam. Pomieszanie z poplątaniem. Negacja, wstręt do tego co kobiece, ale zaciekłe bronienie kobiecości. Dla mnie wówczas wszystko było powodem do ataku. Kościół, polityka, cały męski "zły" świat. Tak bardzo nienawidziłam wtedy księży, że określanie ich "czarnymi" było wówczas najłagodniejszym, które przechodziło mi przez gardło. I tak zapadałam się w sobie coraz bardziej. Aż nagle przyszedł moment nawrócenie, o które wcale się nie prosiłam.

Na własnym przykładzie wiem, że wiara to łaska. To jest absolutnie dar z nieba, bo człowiek sam z siebie nie jest w stanie uwierzyć. Pan Jezus, no niemalże wbrew mnie samej, nawrócił mnie. Niemal, bo jednak musi być w tym chociażby minimalna zgoda człowieka. U mnie była i Bóg przemienił mnie o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle z wojującej feministki, stałam się po prostu... kobietą. W moim sercu pierwszy raz od wielu lat zagościł pokój, który tylko On daje. Zaczęłam się inaczej ubierać, czesać, malować, zachowywać, wysławiać. Jezus wszystko uczynił we mnie nowym. Nawet nowy miałam sposób chodzenia. Już nie patrzyłam, jak przedtem, w swoje buty, ale w niebo, coraz częściej zaczęłam patrzeć w niebo. I pokochałam słońce, od którego kiedyś tak uciekałam i zasłaniałam okna przed jego najmniejszym promieniem grubymi kocami. Banalne, ale prawdziwe.

Miałam niesamowitą okazję być po obu stronach barykady, co też uważam za łaskę: i w szańcu zaciekłych feministek i w obozie radosnych neofitów. I szczerze, wybieram to drugie, z całym pakietem upokarzających docinków na temat mojej wiary i pobożności. Chwała Panu za te docinki!

Jezus wszystkiego mnie nauczył i uczy nadal i po moim nawróceniu wiem, że gender to kłamstwo i diabelska pułapka. Nie ma czegoś takiego jak płeć kulturowa. Nie ma i nigdy nie będzie. Ktoś albo urodził się mężczyzną albo kobietą. Dlaczego jednak tyle jest wojujących feministek, które temu zaprzeczają i bronią kobiecości poprzez...obrażanie jej? Moim zdaniem wina jest zawsze w braku jedności z Bogiem, co przekłada się na relacje w rodzinie, zwłaszcza córki pomiędzy ojcem, który niestety coraz częściej staje się "meblem" do przestawiania, na który narzeka cały zapiekły, feministyczny świat. To ojciec powinien być głową rodziny, a matka jego podporą i tą, która prowadzi dom i wychowuje dzieci. Bóg to od samego początku dobrze zaplanował, najpierw stwarzając Adama, a potem Ewę, nie na odwrót. To kobieta jest z mężczyzny, ale mężczyzna poprzez kobietę, a wszyscy w Bogu. On jest tym, który prowadzi rodzinę, a ona tą, która idzie jako pierwsza za nim i pokazuje dzieciom, że to jest nasz przywódca. Nie ma innej opcji. Kobieta nigdy nie będzie wzbudzała takiego autorytetu jak mężczyzna, nie dlatego, że na niego nie zasługuje, ale dlatego, że nie taka jest jej rola! Kobieta jest stworzona do bycia piękną, do bycia ozdobą rodziny, o którą troszczy się mężczyzna, który o nią walczy i za nią umiera.

"Umieram z miłości do ciebie, moja piękna księżniczko" mówi Jezus każdej kobiecie z krzyża i to stwierdzenie buduje naszą złamaną kobiecość, naszą skrzywdzoną psychikę. Jesteś piękna, jesteś moją córeczką, kocham Cię - to są słowa Boga. Tak Bóg Wszechmogący, Pan nieba i ziemi nas, kobiety, widzi. On zwraca się do nas pieszczotliwie, jesteśmy Jego gołąbkami ukrytymi w rozpadlinach skalnych, pięknymi przyjaciółkami, a nie tak jak to ukazują "Wysokie Obcasy" - terminami anatomicznymi, co jest tylko smutną, upokarzającą redukcją do organów płciowych. To takie my jesteśmy dla was piękne, "siostry obrończynie"?

Tylko w Jezusie Chrystusie leży prawdziwa godność kobiety, która prostuje nam plecy, nie w sposób zadufany, buńczuczny, ale szlachetny. To On, swoim Wniebowstąpieniem nas wywyższył, a poprzez ukoronowanie Maryi na Królową nieba i ziemi, (która jest, uwaga, KOBIETĄ!) ukazał nam ideał, do którego mamy dążyć. I kiedy się w to uwierzy, wtedy zmienia się cały świat. I żadna z nas nie musi nic robić, aby na to zasłużyć, bo miłość bezwarunkowa jest bezwarunkowa. Pozostaje tylko kwestia, jak my na tę miłość odpowiemy?

Nie potrafię złościć się na feministki, ani, wywijając różańcem, grozić im piekłem. Nie tędy droga. Mnie samą nie nawróciły takie postawy, ale miłość, bo Bóg jest miłością. To moja wierząca przyjaciółka, która ciepło powiedziała: "Wiesz co, pomodlę się za ciebie", sprawiła, że uwierzyłam, że jestem warta więcej niż to, co podają kolorowe pisemka. A potem poleciła mi kazania dobrego księdza, którym mówił m.in. o roli mężczyzny i kobiety w Bożym zamyśle. A potem się nawróciłam. To jej miłość, uprzejmość, a przede wszystkim cierpliwość w znoszeniu tych moich buntowniczych poglądów i całej tej negacji świata, Boga i Kościoła, sprawiły, że zaczęłam się zmieniać. Odwiedzałam ją coraz częściej, bo za każdym gdy od niej wracałam, czułam w sobie pokój, jakieś takie światełko w środku. I zastanawiałam się, skąd ona to ma? Czemu jest taka uśmiechnięta? Czemu tak wszystkim pomaga? Czemu się nie gniewa, kiedy przesadzę z jakimś komentarzem? Aż potem obudziło się we mnie pragnienie: też tak chcę.

I dziś, po tym wszystkim co przeszłam, po tych wszystkich zmianach we mnie i w moim życiu, co mogłabym powiedzieć feministkom? Nic. Pomodlę się za nie, żeby i ich doścignęła łaska. No bo skoro mnie tak się stało, to czemu i nie innym?


© 2009 www.parafia.lubartow.pl