Ojcowie KapucyniParafia WniebowstąpieniaParafia Matki Bożej Nieustającej PomocyParafia Św. AnnyStrona Główna
Niedzielne Msze Święte
Parafia Świętej Anny

7.30, 9.00, 10.30, 12.00, 15.00, 18.00

Parafia Matki Bożej

700, 900, 1030, 1200,
1315, 1800

Parafia Wniebowstąpienia

730, 1030, 1200, 1700

W Brzezinach - godz. 900

 

Czytania na dziś
 
Last minute
02-11-2013 14:47 • Ks. Stanisław Rząsa

Last minute

Marcin Jakimowicz

GN 44/2013 |

Zdążyli. W ostatnim momencie. Są dowodem na to, że modlitwa ma ogromną moc, a na Boże Miłosierdzie nigdy nie jest za późno.

Last minute Na miłosierdzie Boże nigdy nie jest za późno. Jestem tego absolutnie pewna – opowiada s. Halina Madej Po prawej: Wielokrotnie widziałem, że łaskę nawrócenia w ostatniej chwili życia można wyprosić, wymodlić – mówi ks. Krzysztof Tabath

To opowieści o robotnikach z godziny jedenastej. Załapali się w ostatniej chwili. Popracowali jedynie godzinkę, a mimo to otrzymali denara, wzbudzając słuszny protest tych, którzy harowali od godziny trzeciej, szóstej i dziewiątej. Wszyscy dostali solidną lekcję Bożego miłosierdzia. Usłyszeli: „Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?”.

Nie mam już żadnych szans

– Historia zdarzyła się, gdy przebywałam w Niemczech, w Mönchengladbach – opowiada siostra Halina Madej pracująca od lat na misjach na Ukrainie. – W ateistycznej rodzinie, w której nie padało słowo „Bóg”, zachorował ojciec. Wylądował w ciężkim stanie w szpitalu. Jego syn (wcześniej dzięki świadectwu żony przeżył nawrócenie i stał się gorliwym katolikiem) odwiedził ojca. Ten nie chciał słyszeć o sakramentach. „Tato – prosił przy szpitalnym łóżku syn – nie musisz zaraz zmawiać Różańca czy litanii. Powiedz choć słowo do Jezusa”. Ojciec był twardy jak skała. „Nie musisz nawet nic mówić – nie dawał za wygraną syn – wyobraź sobie, że na tym krześle u twoich nóg siedzi Jezus. Wyobraź sobie, że kładziesz głowę na Jego kolanach. To wystarczy”. Ojcu nie drgnęła nawet powieka. Syn poszedł porozmawiać z ordynatorem o stanie jego zdrowia. I wówczas przybiegła pielęgniarka: „Pana ojciec właśnie zmarł”. Lekarz i rodzina zmarłego weszli czym prędzej do sali. „A co to takiego? Jaka dziwna pozycja – zdumiał się ordynator – nigdy czegoś podobnego nie widziałem”.

Chory zmarł z głową położoną na krześle, które stało… przy jego stopach, nie u wezgłowia – opowiada s. Halina. – Rozmawiałam z jego synem i widziałam, jak wielki kamień spadł mu z serca. Na miłosierdzie Boże nigdy nie jest za późno. Jestem tego absolutnie pewna. Podobną historię opowiadał mi werbista, o. Józef Michna. Po powrocie z misji w Danii uległ wypadkowi. Jechał na rekolekcje do sióstr zakonnych, gdy doszło do kolizji. Wylądował na intensywnej terapii. Obok niego leżał inny pacjent w opłakanym stanie. Zawał, kroplówka, respirator. Zaczęli rozmawiać. W pewnym momencie człowiek westchnął: „Nie mam już u Boga żadnych szans”. „Dlaczego pan tak mówi?” – spytał o. Józef. „Tuż po Pierwszej Komunii zaliczyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca. Ale co z tego? Poszedłem do szkoły. Zapomniałem o Bogu. Zrobiłem studia milicyjne, żyłem daleko od Kościoła. Po co mi te pierwsze piątki? Nie spowiadałem się od kilkudziesięciu lat. Gdzie ja teraz znajdę księdza, któremu opowiem o moim spapranym życiu?”. „Już pan znalazł. Ja jestem księdzem” – odpowiedział o. Michna. Mężczyzna zaczął opowiadać o swoim życiu, a jego słowom towarzyszył potok łez. Otrzymał rozgrzeszenie i chwilę później zmarł.

Jadwiga Jarocha umiera

– Znam wiele przykładów skutecznej modlitwy – dopowiada siostra Halina. – Nie będę daleko szukała, opowiem o mojej rodzinie. Kiedyś w środku nocy (to dziwne, bo mam nieprawdopodobnie twardy sen) obudziły mnie słowa: „Jadwiga Jarocha umiera”. Chodziło o moją babcię. Byłam przekonana, że to „odgórny” sygnał, że babcia rzeczywiście odchodzi z tego świata. Okazało się, że Bogu chodziło o to, że babcia umiera duchowo, że obumiera jej wnętrze. Była zamknięta na rzeczywistość duchową, nie chciała słyszeć o Bogu i sakramentach. Była twarda, nieustępliwa. Zaczęliśmy się modlić. Nawróciła się dopiero kilka lat przed śmiercią. Pomalutku, stopniowo. Zmieniła się tak bardzo, że nie rozstawała się z różańcem, w radiu słuchała transmisji Mszy św., połykała książki o świętych. Zmarła w wigilię uroczystości Wszystkich Świętych podczas odmawiania Litanii do Wszystkich Świętych. Wcześniej w malignie, wyczerpana, prowadziła ogromną walkę duchową. Widziała jakieś czarne postacie i krzyczała: „Ja należę do Jezusa, niech panowie sobie idą”. Zmarła w pokoju, pojednana z Bogiem, pełna tęsknoty za niebem. – Modlitwa ma ogromną moc. Pokazuje to historia mojego pradziadka. Pracował jako koniuszy. Gdy na Górny Śląsk weszli bolszewicy, wtargnęli do stajni, gdzie pracował, przyłożyli mu do skroni pistolet i rzucili: „Zabieramy wszystkie konie”. Przerażające doświadczenie. Dziadek uciekł, zniknął. Jak kamień w wodę. Znaleziono go po pewnym czasie, jak siedział w swym chorzowskim mieszkaniu na ryczce, małym krzesełku. Mówił coś do siebie, śpiewał pod nosem. Bez pamięci, bez poczucia bezpieczeństwa. Zachorował psychicznie. Żył przez wiele lat w swoim świecie. Rodzina bardzo go szanowała, nie pozwalała z niego szydzić. Widziała, jak bardzo cierpi. Wielu dałoby za wygraną, ale nie moi bliscy – uśmiecha się siostra Halina. – Każdego dnia modlili się za pradziadka. Pewnego majowego poranka babcia zastała go w kuchni. Szykował na drogę kanapki. „Auguścik, co robisz?” – zdumiała się jego żona. „Dzisiej chopy idom do Piekar. Tyż pójda”. „Kaj pójdziesz? Zostoń!” Nie dał się przekonać. Wyszedł z domu. Prababcia posłała za nim córkę: „Zobacz, dokąd idzie, co się z nimi dzieje”. Szła za ojcem krok w krok jak Różowa Pantera. Dziadek dotarł do sanktuarium. I wrócił do Chorzowa… absolutnie zdrowy! Przemieniony. Pamięć wróciła, choroba psychiczna odeszła. Wróciło poczucie bezpieczeństwa. To było nieprawdopodobne. Zmarł jako człowiek pogodzony z Bogiem. Jako święty. Myślę, że w każdej rodzinie znalazłyby się podobne świadectwa. Szpital to miejsce wyjątkowe. Miejsce, w którym zaczyna się myśleć o rzeczach ostatecznych – podsumowuje siostra Halina. – Ta „wymiana modlitw” działa w dwie strony. Opowiem o niesamowitym zdarzeniu na Ukrainie. To kolejny dowód, jak bardzo o każdego z nas walczy Boże miłosierdzie. Staruszek zachorował na raka języka.

Przywieziono go do szpitala. Konieczna była amputacja języka. Pacjent leżał już na sali operacyjnej, a młody chirurg (niewierzący, nieochrzczony) szykował się do operacji. Lekarz chciał trochę rozweselić staruszka i żartobliwie zwrócił się do niego: „No, dziadku, powiedzcie jakieś ostatnie słowo, bo potem już nie będziecie mogli mówić”. I wtedy wzruszony dziadek wyszeptał: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Z oczu chirurga popłynęły łzy... Po trzech miesiącach odszukał kościół, poprosił o chrzest. Przyjął Jezusa do serca”.

Trwoga, to do Boga?

– Gdy podchodzę do chorego, zazwyczaj nie słyszę: „Nigdy nie przyjmę Komunii”. Słyszę: „Dzisiaj jej nie przyjmę” – opowiada ks. Krzysztof Tabath, kapelan w jednym z katowickich szpitali. – To ważne zdanie. Dlaczego? Bo pokazuje jasno, że nie wiadomo, co ten człowiek powie jutro. Nie podchodzę nigdy z intencją nagabywania, „łowienia” na siłę. Nie! Podchodzę z propozycją spotkania, zdając sobie sprawę, że Jezus nieustannie puka do serca osoby, z którą rozmawiam. – Jasne, zdarzyło mi się usłyszeć od pacjenta: „Nie jestem zainteresowany Bogiem” – kontynuuje ks. Krzysztof. Wówczas spokojnie odpowiadałem: „Ale to nie znaczy, że Bóg przestał się interesować panem”. Wielu myśli, że ludzie w szpitalu nawracają się według klucza: „Jak trwoga, to do Boga”. Nic podobnego! Jestem 19. rok kapelanem szpitalnym i widzę, że to nieprawda. Ile śmierci już widziałem? Nie jestem w stanie policzyć. Ze śmiercią mam do czynienia co kilka dni… Motywacją nawrócenia naprawdę nie jest przede wszystkim strach. Szpital jest miejscem łaski. Nawraca się w nim mnóstwo ludzi. Ale strach, trwoga nie są motywem spotkania z Bogiem. Zazwyczaj ludzie nawracają się dlatego, że przestali się wreszcie bać spowiedzi, rozmowy z kapłanem. Zmniejszył się dystans, padły bariery. Nie muszą szukać księdza, iść specjalnie do kościoła. Kapłan podchodzi do ich łóżka i chce im ułatwić spotkanie z Bogiem. – To nie oznacza wcale – mówi dalej ks. Tabath, że każdy skorzysta z tej okazji. Konkretny przykład. Sytuacja podbramkowa. Pacjent w obliczu śmierci mówi mi: „Księże, ja to mam wszystko załatwione. Zaliczyłem dziewięć pierwszych piątków miesiąca, a im towarzyszy obietnica, że nie umrę niepojednany z Bogiem”. Odpowiedziałem: „Przecież teraz właśnie ma pan tę łaskę! Po to przychodzę!”. Ale uszanowałem jego decyzję. Pacjent wiedział lepiej. Niebawem zmarł. Po powrocie ze szpitala specjalnie zerknąłem sobie w domu na tę obietnicę. Brzmi ona tak: „W nadmiarze Miłosierdzia Mego Serca obiecuję..., że wszechmocna Ma miłość udzieli ostatecznej łaski pomocy wszystkim, którzy przystąpią przez 9 z rzędu pierwszych piątków” i tak dalej. Udzieli łaski pomocy! Po to właśnie podchodzę do szpitalnych łóżek. Łotry – Czy spotkałem się z agresją? Jasne. Ale nie zrażało mnie to – opowiada ks. Tabath. – Dla kapelana szpitalnego najważniejszy jest pierwszy kontakt i… każdy następny. Nigdy nie mogę powiedzieć: „Dość. Koniec”. Muszę być cierpliwy. Agresja może stajać, wyciszyć się. Ale nie musi. Mamy wolną wolę. Jako patrona mojej szpitalnej posługi wybrałem sobie Dobrego Łotra. To wymowny symbol. Dwóch mężczyzn w podobnej sytuacji cierpienia, śmierci, w identycznej bliskości Jezusa. Jeden korzysta z łaski, drugi z ironią ją odrzuca. Dlaczego? Po 18 latach pracy w szpitalu mogę powiedzieć jedno: to tajemnica. Ktoś trafia na pół dnia do szpitala i zdąży przed śmiercią skorzystać z Wiatyku. Ludzie pytają: „Po co w ogóle go przyjmowaliśmy? Po co przywieźli go na pół dnia z innego szpitala? Z punktu widzenia medycznego to nonsens”. A ja wiem po co… Inny pacjent w niemal bliźniaczej sytuacji nie przyjmuje Jezusa. Wielokrotnie widziałem, że łaskę nawrócenia w ostatniej chwili życia można wyprosić, wymodlić. Ileż razy rodzina wymodliła to, że ktoś przyjął Komunię dosłownie w ostatnim momencie! Podchodziłem do człowieka wiele razy. Blokada. Nie chciał słyszeć o spowiedzi. Wiedziałem, że zostało mu niewiele życia. Gdy pielęgniarka-siostra zakonna zaczepiła mnie: „Niech ksiądz dzisiaj do niego idzie”, odpowiedziałem: „Dobrze, ale pod warunkiem, że siostra pójdzie w tym czasie do kaplicy i będzie się modlić w tej intencji”. Poszła. Pukam po raz enty do tego mężczyzny: „Czy chce się pan dziś wyspowiadać?” i słyszę: „Tak”. Było mnóstwo podobnych sytuacji. Pacjent około sześćdziesiątki. Stale odmawiał przyjęcia sakramentów. Był jakiś mur uniemożliwiający spotkanie. Starsza, leżąca za parawanem pacjentka z sąsiedniego łóżka, która nie mogła się poruszać, szepnęła: „Proszę księdza, niech go ksiądz wyspowiada”. „Próbowałem...” – zacząłem wyjaśniać. „Proszę księdza, ja za niego ofiarowałam swoje cierpienie”. Odwracam się. Zaczynam rozmowę: „Czy chciałby pan skorzystać z sakramentu pojednania”, a on odpowiada: „Dobrze”. Wyspowiadałem go. Wychodzę z sali, przechodzę obok tej konającej babci, a ona rzuca: „Proszę księdza, to już czwarty, za którego ofiarowałam cierpienia”.•

 


© 2009 www.parafia.lubartow.pl